„Czy można mnie wyleczyć? Czy miała pani kiedyś takiego pacjenta? Czy pracował pan z taką osobą jak ja? Jak się nazywa moja choroba?”

Czasem pacjenci zadają te pytania wprost, a pewnie częściej mają je w głowie. Niewypowiedziane, ale bardzo ważne. Bo przecież do psychoterapeuty przychodzi się z „czymś”, z poczuciem, że coś jest nie tak. Czasami lekarz podczas wizyty w POZ rzuci: ma pani depresję. Czasami przeczytany artykuł pokazuje zbiór objawów, które znajdujemy u siebie i na tej podstawie samodzielnie diagnozujemy sobie różnego rodzaju zaburzenia psychiczne. A czasami trawi nas lęk, że jesteśmy chorzy psychicznie, że pewnego dnia zwariujemy.

Nie pomaga fakt, że w powszechnym przekonaniu choroba psychiczna jest nieuleczalna. Typowy „wariat” biega po ulicach z nożem, katuje członków rodziny, jest niezdolny do pracy i samodzielnego życia. Kto chciałby pracować biurko w biurko z osobą z diagnozą schizofrenii? Nie można liczyć na osobę z rozpoznaniem choroby afektywnej dwubiegunowej.

Psychikę widzimy jak odszczepioną od ciała, a jej zaburzenia jak niezależne od zaburzeń somatycznych. Te drugie można leczyć, te pierwsze z kolei są na całe życie. Zostają w genach i są przekazywane kolejnym pokoleniom.

Dlatego też jakiekolwiek trudności emocjonalne, które z powodzeniem można by leczyć choćby terapią pozostają często nietknięte. Żeby nie mieć łatki „wariata”, osoby niezrównoważonej, żeby nikt się nie dowiedział. Ale też dlatego, żeby nie skonfrontować z własną bezsilnością i lękiem, że „nie można mi pomóc. Jestem zepsuta, tego nie da się naprawić”.

Rodzice, których dzieci mają załamanie psychotyczne nierzadko słyszą, że ich dziecko ma nieuleczalną chorobę, którą można kontrolować przy pomocy leków. Nie można jej natomiast wyleczyć.

Wiele jest wokół zaburzeń psychicznych- mniejszych i poważniejszych – niejasności, lęków, wątpliwości, wiele jest rozpaczy i poczucia, że życie się skończyło.

W dokumencie „Take these broken wings” (w linku) reżyser rozmawia z dwie kobietami, które w okresie dojrzewania otrzymały diagnozę schizofrenii. Niezależnie od tego, czy dziś, kiedy mamy lepsze metody diagnostyczne również otrzymałyby tę diagnozę, nie wiadomo. Możliwe, że nie. Jednak rzecz w tym, że obie kobiety miały bardzo silne objawy psychotyczne, katatoniczne, podejmowały liczne próby samobójcze i nie rokowały dobrze. Obie przeszły skuteczną psychoterapię i od wielu lat żyją bez objawów i bez leków.

Można mieć zastrzeżenia do niektórych tez silnie forsowanych w tym dokumencie. Na przykład do tej, zgodnie z którą współczesna psychiatria jest zdehumanizowaną maszyną do robienia pieniędzy i karmienia firm farmaceutycznych. Można też dyskutować z tym, czy leki są największym złem. Wiemy, że wielu osobom farmakologia ratuje życie i całe szczęście, że mamy coraz doskonalsze leki.

Natomiast to, co jest w tym dokumencie niezwykle cenne to ilustracja psychoterapii – spotkania dwojga ludzi, który leczy. Rozmów, które pomagają. Znajdowania słów dla uczuć. Relacji, która trwa, która jest osadzona w określonych ramach, która daje poczucie bezpieczeństwa, bycia ważnym. Relacja z drugim człowiekiem, który zdaje się mówić: słyszę cię, widzę, wierzę temu, co mówisz, to nie jest szalone. Terapeuta staje się świadkiem życia pacjenta. Nieoceniającym. Niepodważającym, tego, co pacjent mówi i czego doświadcza, ale urealniającym. Jeden z lekarzy, z którymi rozmawia reżyser mówi: Gdybym żył tak, gdybym doświadczył tego, co on, jak ten człowiek, byłbym równie szalony. Czasami nie mogę uwierzyć, że człowiek może żyć w takich warunkach.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *