„Kiedy pojawiły się objawy poważnej depresji, kiedy zacząłem mieć myśli samobójcze, kończyłem specjalizację z psychiatrii.”

Unikamy psychiatry lub terapeuty tak długo jak to możliwe. Tak długo, jak objawy nie zatruwają życia. Dopóki są „do wytrzymania”, wytrzymujemy. Dopiero kiedy przygnębienie jest nie do zniesienia, lęk nie pozwala wyjść z domu, wejść do windy, kiedy atak paniki nie przerwie spotkania, nie każe uciec do domu i płakać. Wtedy często pacjenci trafiają do psychiatry, rzadziej do psychoterapeuty. I są tak udręczeni, że potrzebują pomocy od razu. Chcą, żeby ktoś pomógł im natychmiast, żeby poczuli się lepiej jak najszybciej. Podobne oczekiwania mają wobec terapii. To zupełnie zrozumiałe. Tylko że wtedy jest trudno. Objawy są silne, mechanizmy do nich prowadzące mocno osadzone, osobowość ukształtowana.

Nie szukamy pomocy wcześniej (albo w ogóle) ze wstydu, z powodów finansowych lub z poczucia, że „z tym można sobie poradzić samemu”, „inni mają większe problemy i nie chodzą do psychiatry”.

Może i tak jest. Może ten „ktoś inny” rzeczywiście się nie leczy, rzeczywiście nie szuka pomocy, ale to nie znaczy, że jej nie potrzebuje. Znaczy to tylko, że podjął decyzję, że nie będzie jej szukał. Czy dobrą i słuszną to już inna sprawa.

Depresja jest chorobą demokratyczną. Dotyka wszystkich, niezależnie od tego, ile w życiu osiągnęli, jak sobie radzą zawodowo czy finansowo. Zaburzenia psychiczne nie zaglądają do metryki, nie wybierają ofiar po kodzie pocztowym. Tragedie życiowe, które rozkładają na łopatki zdarzają się wszędzie i wszystkim. Podobnie jak skumulowana, trwająca latami trauma, która powolutku odbiera siłę i chęć do życia, nie pozwala na rozwój i radość.

http://www.humansofnewyork.com/post/177494302771/after-the-divorce-i-threw-myself-into-work-im


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *